Pożegnanie Pana Andrzeja Turskiego, 7 stycznia 2014

Andrzej Turski nie pozwoliłby na ukazanie się takiego materiału w programach, którymi kierował, jaki napisali o nim niby dziennikarze, niby niezależni, niby niepokorni. Tacy jacyś niby…

Kazałby sprawdzić u źródła, zapytałby, dlaczego nie ma wypowiedzi drugiej, przeciwnej strony, nakazałby to uzupełnić i w dodatku spokojnie wyjaśniłby autorowi dlaczego ma to zrobić. Byłam dzisiaj na Mszy Żałobnej, żegnającej Go, ale na szczęście nie było to pompatyczne i smutne – dzięki jego córce, Urszuli, która powiedziała, że był spełnionym człowiekiem, że nie chciałby tutaj żadnych smutasów, że w wielu dziedzinach osiągnął sukces. Sukces. Magiczne słowo w rzeczywistości współczesnego świata. Nie tylko wyjątkowy głos, nie tylko dużo wiedzy, znajomości mediów, nie tylko ogromne zaangażowanie. Dla Niego był to też szacunek dla ludzi, dla praktykanta i ważnego, poważnego dziennikarza, dla szefa i podwładnego, niezależnie, kto w Polsce rządził. Bardzo żałuję, że tak krótko był moim szefem, pierwszym szefem, może moje życie zawodowe potoczyłoby się inaczej… Nie tylko nie zaszkodził nikomu, ale pomagał i wspierał wielu. Miał też szczęście prywatnie, bo Jego żoną była Pani Zofia, naprawdę wyjątkowa osoba, korzystałam z Jej porad w wyborze okularów, a każdy krótkowidz wie jak trudno znaleźć kogoś, kto pomoże…



Nie zawaham się powiedzieć, że te standardy umierają, odchodzą w niepamięć, są lekceważone, obśmiewane. Nawet Jego wychowankowie już walczyli łokciami, a nie kompetencjami o zaistnienie w mediach, o pozycję, o wyrobienie sobie nazwiska. A i teraz nerwowo śledzą słupki, zamiast zastanowić się, jakie skutki przyniesie to, co pokazują.

Panie Andrzeju – tylko raz, przez pomyłkę ośmieliłam się powiedzieć do Pana po imieniu – może wybrał Pan najlepszy czas na odejście, żeby nie widzieć tego zjazdu po równi pochyłej polskiego dziennikarstwa…
Trwa ładowanie komentarzy...