O autorze
Byłam (jestem, bo to nie tylko zawód) dziennikarką, głównie gadającą w Programie III Polskiego Radia na tematy społeczne, polityczne i gospodarcze. Prowadziłam też przez osiem lat autorski magazyn motoryzacyjny „Wrzuć Trójkę”, a kontakt z działami public relations koncernów samochodowych zaowocował zainteresowaniem tą właśnie dziedziną. Pod koniec lat 90-tych współtworzyłam podyplomowe studia public relations oraz zaczęłam prowadzić szkolenia z zakresu komunikacji medialnej, biznesowej, PR, głównie dla kadry menedżerskiej. Prawie trzy lata zarządzałam średniej wielkości agencją „piarową”. Napisałam książkę „Pogadaj z głową”, w której ludzie o ciekawych biografiach mówią o zmianach w swoim życiu, jak sobie dawali radę z wyborami, decyzjami, czego się obawiali, na co stawiali. Spotkanie z nimi było jak zastrzyk energii…szkoda, że dwojga z nich już nie ma… Teraz, oprócz doradzania i szkoleń, piszę e-booki o tematyce zawodowej: „Ile kosztuje reputacja?” oraz (w przygotowaniu) „Dlaczego te media są takie okropne?” zapraszam na moją stronę http://www.nurkiewicz.pl/

I jak tu żyć?

Dobrze jest wyjechać daleko i na długo. Powrót bywa nieprzyjemny.

Albania. Kraj doświadczony ponad czterdziestoletnią dyktaturą faceta ogarniętego nie tylko strachem i paranoją, ale i wyjątkowym okrucieństwem wobec mieszkańców swojego kraju. Bo jak nazwać człowieka, który buduje milion bunkrów? Albo zakazuje posiadania własnych samochodów? Albo zamyka jedynych żywicieli, czyli rolników do twierdz, które pozostawił XVIII-wieczny osmański władca Ali Pasza (na wybrzeżu w zasadzie nie ma wiosek)? W latach osiemdziesiątych dochód narodowy na jednego mieszkańca wynosił 200 dolarów rocznie. I jak tu żyć?
Ano najlepiej we Włoszech lub u Niemców i Austriaków. To widać teraz po rejestracjach samochodów, które – wbrew naszym obawom – wcale nie są rozsypującymi się trupami, zdarzają się nawet wypasione beemki. Szczególnie w Sarandzie, głównym kurorcie na Riwierze Albańskiej. A także po językach, w których można się dogadać. Ludzie pogodni, uśmiechnięci, a w sklepach zaokrąglają na korzyść klienta. Barków, kawiarenek i restauracji z dobrym jedzonkiem zatrzęsienie. Wszędzie ruch, place budowy i energia. Policja nie stoi na każdym zakręcie jak u nas, a mieliby kogo łapać, bo z umiejętnościami w prowadzeniu samochodów u Albańczyków ciągle nie za bardzo.
Wracamy, długo, bo już zapomnieliśmy jak to jest przekraczać granice z celnikami i stosownymi służbami, bo ruch duży, bo drogi dziurawe, a na autostradzie w Serbii co pół godziny bramki z opłatą, więc kolejny kwadrans w plecy, kierowcy przede wszystkim.
Wracamy w nocy i natychmiast natykamy się na co najmniej dwa rodzime patrole drogówki (więcej nie pamiętam, bo spałam). Wracamy i zupełnie niepotrzebnie włączamy telewizor, a tam te same twarze (jestem kulturalna) wygłaszają te same teksty. O, pardon, włączył się po długiej przerwie pan prezes. I znowu nasuwa się pytanie: i jak tu żyć z tym harmidrem i bełkotem?
Wracamy i przyjeżdża ekipa z oknami na wymianę. Kurz, brud i… piękna pogoda!!! Jest gdzie wystawić meble, posortować rzeczy, których przyrasta w zastraszającym tempie, zrobić kilka prań po przyjeździe, farba na ścianach pięknie schnie, a kolacje na tarasie ze znajomymi, chętnymi na nasze wspominki z wakacji jeszcze bez kurtek puchowych. I jak tu żyć? Szczęśliwie!
Trwa ładowanie komentarzy...