Niestety, nie tylko o pani Pawłowicz

Jeśli mówimy o kolorze niebieskim (na przykład), to nie omawiajmy fioletowego (na przykład), bo się nie dogadamy. I tak właśnie wygląda polska dyskusja publiczna.

Przeczytałam komentarz (u)znanego publicysty Łukasza Warzechy w sprawie Krystyny Pawłowicz (jakoś nie mogę napisać per profesor czy pani poseł). Nie odnoszę się do jego stanowiska w tej sprawie, bo ma takie, jakie ma i to jego święte prawo. Natomiast zwróciły moją uwagę słowa:



„Z kolei poseł Pawłowicz jest znana ze swojego specyficznego stylu, który w pewnych okazjach może być atutem, ale na ogół przynosi ugrupowaniu szkodę. Lepiej byłoby ją trzymać na zapleczu. Inna sprawa, że świętym oburzeniem zapałali ci sami, którzy do swoich programów zapraszają regularnie Stefana Niesiołowskiego lub milczą, gdy nakręcony poseł PO po raz 1435. obraża ludzi nie dość kochających Platformę.”

Po pierwsze – nazwanie tego, w jaki sposób wypowiada się pani Pawłowicz „specyficznym stylem” jest eufemizmem. W taki sposób ludzie W OGÓLE nie powinni się do siebie odnosić, agresja słowna wyrządza czasem większe szkody niż fizyczna i równie silnie nakręca złe emocje. A jak takie nakręcanie się kończy, wiemy dobrze, jeśli nie z własnego doświadczenia życiowego, to z historii.

Po drugie – omawiane publicznie było wystąpienie pani Pawłowicz, a nie pana Niesiołowskiego. Co ma niebieskie do fioletowego (kolejność przypadkowa). To argumenty jak z piaskownicy: mamoooo, a on mi zabrał łopatkę! Mamooo, ale ona ma zieloną czapeczkę!

Z jednym się zgadzam, choć nie do końca, że panią Pawłowicz powinno się trzymać na zapleczu i to nie dlatego, że przynosi szkodę partii, ale dlatego, że osoby o takim sposobie traktowania ludzi nie powinny być dopuszczane do wystąpień publicznych.

A tak w ogóle to proponuję zająć się analizą tego, w jaki sposób pijamy wodę, bo od tego zależy nasze zdrowie i życie.
Trwa ładowanie komentarzy...