O autorze
Byłam (jestem, bo to nie tylko zawód) dziennikarką, głównie gadającą w Programie III Polskiego Radia na tematy społeczne, polityczne i gospodarcze. Prowadziłam też przez osiem lat autorski magazyn motoryzacyjny „Wrzuć Trójkę”, a kontakt z działami public relations koncernów samochodowych zaowocował zainteresowaniem tą właśnie dziedziną. Pod koniec lat 90-tych współtworzyłam podyplomowe studia public relations oraz zaczęłam prowadzić szkolenia z zakresu komunikacji medialnej, biznesowej, PR, głównie dla kadry menedżerskiej. Prawie trzy lata zarządzałam średniej wielkości agencją „piarową”. Napisałam książkę „Pogadaj z głową”, w której ludzie o ciekawych biografiach mówią o zmianach w swoim życiu, jak sobie dawali radę z wyborami, decyzjami, czego się obawiali, na co stawiali. Spotkanie z nimi było jak zastrzyk energii…szkoda, że dwojga z nich już nie ma… Teraz, oprócz doradzania i szkoleń, piszę e-booki o tematyce zawodowej: „Ile kosztuje reputacja?” oraz (w przygotowaniu) „Dlaczego te media są takie okropne?” zapraszam na moją stronę http://www.nurkiewicz.pl/

Trzy refleksje w sprawie ch…

Po pierwsze – żeby zaistnieć trzeba używać słów bądź gestów powszechnie uważanych za wulgarne. Po drugie –nawet prywatnie trzeba zważać na słowa. Po trzecie – o ile świat byłby lepszy, gdyby ludzie nie etykietowali siebie nawzajem.

W pierwszej kwestii, rzecz nie dotyczy polityków – oni już nie są w stanie zaskoczyć stopniem zasypywania przeciwników obraźliwymi, również i wulgarnymi określeniami. Nie podam przykładów, bo zaraz rzucą się ci, którym wszystko kojarzy się ze Smoleńskiem (po wszystkich stronach konfliktu). Wystarczy przypomnieć jakich potwornych określeń używano wokół debaty o związkach partnerskich. Nie chodzi o to, by prowadzić dyskurs, ale o to by „nabluzgać” w twarz ludziom o przeciwnych przekonaniach. Dlatego wyłączam radio, gdy zaczynają się programy z udziałem polityków. Doskonale wiem co powiedzą i też wiem, że dziennikarze nie są w stanie zapanować nad tym nic nie znaczącym słowotokiem. W jakiejkolwiek dyskusji publicznej na jakikolwiek temat, gdy padają obraźliwe i wulgarne słowa wiadomo, że nie chodzi o rozwiązanie sprawy, a zaistnienie w mediach. I tu kamyczek do ogródka dziennikarskiego – po co to powtarzać, nadawać rozgłos, budować napięcie społeczne? Dla kasy? W takim razie na mnie nie zarobią.
Wprawdzie Facebook jest w założeniu siecią prywatnych kontaktów, ale czasami działa jak kula śnieżna – ktoś ze znajomych (a bywa, że nie bardzo wiemy kto zacz) udostępni naszą myśl, ten puści dalej i mamy sprawę Ewy Wójciak. Nazywanie kogokolwiek ch… jest wulgarne, ale niech podniosą rękę ci, którzy nigdy nikogo nie określili tym słowem w prywatnych rozmowach? Jeśli tacy są, to tylko oni mogą coś w tej sprawie powiedzieć. Natomiast robienie rozgłosu przez media w kwestii ch…, to nic innego jak napędzanie jałowego konfliktu. Bo papież zapewne nawet nie wie, że jakaś dyrektor jakiegoś teatru w jakimś mieście gdzieś tam użyła wobec niego wulgarnego słowa. A jeśli ktoś mu doniósł, to pewnie ma to gdzieś… To tutaj, w kraju nad Wisłą, jesteśmy bardziej papiescy od papieża i dlatego prezydent miasta Poznań musiał ukarać Ewę Wójciak naganą, co jest i tak dość łagodne w porównaniu z tym, co chcieli jej zrobić anonimowi internauci. Przynajmniej się dowiedzieli, że istnieje Teatr Ósmego Dnia.
I wreszcie ostatnia refleksja, trudna do zrozumienia, ale bardzo prosta: nikt z nas nie ma prawa etykietować nikogo. Stąd biorą się stereotypy, wrogość, poczucie zagrożenia, chęć ataku, brak widzenia osoby w kimś, kto ma inne zdanie, brak szacunku. Wyrażać swoją opinię? Proszę bardzo, żyjemy w wolnym kraju. Przypinać etykiety, zwłaszcza wulgarne? NIE.
Trwa ładowanie komentarzy...