Minęło kilka lat. Domek nieco podreperowany, nowe okna i drzwi, ściany białe. Staruszek z malutkim monitorem już padł. Zresztą naprawiała go, wezwała specjalistę z pobliskiego miasteczka, wziął komputer i grzecznie odwiózł. Odpaliła – działał, ale nie mogła znaleźć Corela. Zadzwoniła, zapytała, gdzie się podział ten stary program graficzny. „A po co to pani?” – zdziwił się młody specjalista. Postanowiłam zadziałać i tu okazał się nieoceniony facebook. Wprawdzie odzew na mój apel o podarowanie niepotrzebnego laptopa (przecież co dwa, trzy lata ludzie wymieniają na nowsze) był słaby, odezwała się jedna osoba, ale za to ze sprawnym komputerem. I tak doszło do zrobienia tego zdjęcia.
Wracając od niej przez zaśnieżony las, pomyślałam, że przez większość naszego życia nie jesteśmy młodzi, że słowa „O jej, jaka ja jestem stara!” mówimy już po trzydziestce, gdy pojawiają się pierwsze zmarszczki wokół oczu, gdy kilka wydarzeń w naszym życiu dało nam w kość, gdy przygniotła nas codzienność. I kurczowo trzymamy się tej młodości… może dlatego, że jest zapowiedzią wszystkiego?
