O autorze
Byłam (jestem, bo to nie tylko zawód) dziennikarką, głównie gadającą w Programie III Polskiego Radia na tematy społeczne, polityczne i gospodarcze. Prowadziłam też przez osiem lat autorski magazyn motoryzacyjny „Wrzuć Trójkę”, a kontakt z działami public relations koncernów samochodowych zaowocował zainteresowaniem tą właśnie dziedziną. Pod koniec lat 90-tych współtworzyłam podyplomowe studia public relations oraz zaczęłam prowadzić szkolenia z zakresu komunikacji medialnej, biznesowej, PR, głównie dla kadry menedżerskiej. Prawie trzy lata zarządzałam średniej wielkości agencją „piarową”. Napisałam książkę „Pogadaj z głową”, w której ludzie o ciekawych biografiach mówią o zmianach w swoim życiu, jak sobie dawali radę z wyborami, decyzjami, czego się obawiali, na co stawiali. Spotkanie z nimi było jak zastrzyk energii…szkoda, że dwojga z nich już nie ma… Teraz, oprócz doradzania i szkoleń, piszę e-booki o tematyce zawodowej: „Ile kosztuje reputacja?” oraz (w przygotowaniu) „Dlaczego te media są takie okropne?” zapraszam na moją stronę http://www.nurkiewicz.pl/

Co nam mówi Brunon.K?

Nagle opozycja zaczęła mówić o głowie państwa polskiego „pan prezydent” (pewnie nie z dużych liter, ale zawsze), a nie jak dotąd po nazwisku „Komorowski” ( w naszym języku ojczystym jest to bardzo niegrzeczne). Tylko dlatego, że ławy sejmowe, które zajmują posłowie PiS znajdują się blisko miejsca prezydenta.

Gdyby wykryto niedoszłego zamachowca Brunona K., ale nie poinformowano o tym, byłoby źle. Już słyszę te pełne oburzenia głosy, że Tusk i jego rząd ukrywają istotne dla bezpieczeństwa państwa informacje. Gdyby poinformowali o tym w innym terminie (wpisać dowolnie: wcześniej/później), natychmiast pojawiłyby się komentarze: dlaczego tak szybko/późno, a w ogóle dlaczego akurat teraz? Gdyby wykryto plany zamachowca, ale je zlekceważono i część prawa Sejmu wraz z panem prezydentem wyleciałaby w powietrze, mielibyśmy wojnę domową.

Przypomniał mi się kolega z podstawówki. Moja mama, gdy miała do mnie zastrzeżenia, zawsze dawała jego przykład. Mówiła: „Najważniejsza jest dobra opinia u nauczycieli. Jak wyrobisz ją sobie, to nawet na poważne wpadki będą przymykać oczy”. Co by ten biedak nie zrobił, zawsze było źle: zawalił klasówkę – tępy leń; napisał całkiem nieźle – zerżnięte od kolegi; uczestniczył w bójce – na pewno zaczął; stał obok walczących kumpli – nie próbował ich rozdzielić, tchórz. Na spotkaniu klasowym wspominaliśmy go, ktoś nawet wiedział, co się z nim dzieje. Niestety, nie najlepiej sobie radził w życiu, nawet miał podobno jakiś epizod więzienny, co zostało przyjęte ze zrozumieniem, przecież w szkole były z nim same kłopoty. Jeden z kolegów chciał się popisać nowym telefonem z dostępem do Internetu (spotkanie odbyło się kilka lat temu), wrzucił w wyszukiwarkę jego nazwisko, tak dla zabawy. I okazało się, ku naszemu zdumieniu, że ma firmę i stronę internetową, z której wynika, że odniósł kilka sukcesów. I jaki był komentarz? Nie trudno zgadnąć.

Jaki morał z tej opowiastki? Każdy sam sobie go znajdzie. Mój jest taki: żyjemy w kraju, w którym ludzie są wiecznie niezadowoleni, uwielbiają krytykować za wszystko, nie lubią osiągnięć innych, ale lubią zwalać na kogoś winę za swoje potknięcia.
Trwa ładowanie komentarzy...